Fotografia, Polecane

Fotografia mobilna, czy już fotografia cyfrowa?

fotografia mobilna

Byłam kiedyś na jakimś festiwalu i natknęłam się na grupę fotografów, robiących zdjęcia występów na scenie. Stali tak naszpikowani lustrzankami, wyginając je na wszystkie strony, manewrując zoomami teleobiektywów i przybierając najróżniejsze pozy. A wszystko po to, by uchwycić artystów pod jak najlepszym kątem. Obok nich stał chłopak z telefonem komórkowym w ręku i z miną skupioną, tak jak oni, uwieczniał to, co widział przed sobą. Fotografowie oglądali się na niego z dezaprobatą i uśmiechali półgębkiem, jakby nie dowierzając, że chłopak miał taki tupet, by stanąć w jednym rzędzie z nimi.

Widziałam potem zdjęcia ich wszystkich. Chłopak zrobił jedne z najlepszych.

Często przeglądając instagramowe profile blogerek lifestyle’owych i podróżniczych łapię się na tym, że ciężko mi odróżnić, które ze zdjęć wrzucanych przez ich autorki zrobione są aparatem mobilnym, a które cyfrowym. Moje ostatnie osobiste doświadczenia sprawiły, że zaczęłam zastanawiać się nad różnicami pomiędzy fotografią mobilną i cyfrową oraz nad tym, jak cienka stała się już granica pomiędzy obiema kategoriami.

Wciąż fotografia mobilna?

Nie mówimy przecież o fotografii lusterkowej i bezlusterkowej (choć wyznawcy lustrzanek chętnie tę drugą grupę tak by sklasyfikowali), nie wyszczególniamy również fotografii kompaktowej. Grupuje się je pod wspólnym mianem fotografii cyfrowej. Natomiast zdjęcia wykonane smartfonami wciąż upycha się w osobnej, powoli już fikcyjnej kategorii. Bo podczas gdy dawniej aparaty mobilne znacząco odbiegały parametrami od aparatów cyfrowych, tak w obecnych czasach ich technologia zaczyna deptać po piętach nawet nie najgorszym cyfrowym braciom. Wszystkie mają opcję autofokusa. Blokadę ostrości/ekspozycji. Zoom optyczny. A nowsze modele dają możliwość zapanowania zarówno nad migawką, jak i nad… przysłoną (!). Pomimo najmniejszych matryc, obraz wychodzący z aparatów mobilnych nieraz potrafi być lepszy od tego z niejednego kompaktu. Czy więc to, o czym piszę, to wciąż fotografia mobilna?

Zewsząd usłyszę zaraz oburzone głosy, że fotografia zaczyna się dopiero od porządnego aparatu fotograficznego – takiego z korpusem i obiektywem, pokrętłami do zmiany ustawień i wizjerem. Bzdura! Fotografia zaczyna się tam, gdzie dobre oko, wizja zdjęcia i wyczucie chwili. Można mieć Canona 5d mark II i wciąż być Januszem fotografii. I można mieć w ręce smartfona i robić zdjęcia na miarę artysty. Nic i nikt mnie nie przekona, że jest inaczej.

Lepszy dobry smartfon niż byle jaki aparat.

Oczywiście, że wolę robić zdjęcia moim bezlusterkowcem. Dużo łatwiej w nim zapanować nad ustawieniami, bo dużo szybsze i wygodniejsze jest smyranie pokręteł aniżeli stukanie palcem w ekran. Większa matryca sprawia, że zdjęcia są bardziej szczegółowe i to jest odczuwalne przy obróbce (i w druku). Zdjęcia zrobione moim telefonem wrzucam tylko na instagram, ale to dlatego, że wybrałam sobie model z tragicznym aparatem i jakość zdjęć, które z niego wychodzą nie nadają się nigdzie indziej. Ale wiecie co? Mój Lumix potrafi czasem tak zaszaleć z doborem ustawień na trybach półautomatycznych, że zdjęcia, które z niego wychodzą mogą się schować przy tych zrobionych przeciętnym iPhonem.

(Tylko nie wydajcie mnie przed moim aparatem, że Wam o tym wspomniałam, bo mściwa z niego bestia.)

Nie szkoda Ci?

Aparat mobilny ma zasadniczą zaletę, o której przekonałam się w trakcie ostatniego wyjazdu w góry, gdy pogoda postanowiła dostosować się na miarę początków września, tj. zaszczycić nas deszczem i 5 st. C. Wzięłam ze sobą mojego Lumixa z myślą, że zrobię przepiękne zdjęcia pejzaży górskich – skończyło się na tym, że aparat przewędrował ze mną całą drogę nad Czarny Staw i z powrotem… w plecaku. Tylko wariat ryzykował by zalanie obiektywu i korpusu, a nie miałam przy sobie ani reklamówki, ani taśmy, czy choćby gumki recepturki, by stworzyć chociażby prowizoryczną osłonę aparatu przed wodą. Uwiecznianie zdjęć wziął więc na swoją wątłą matrycę mój smartfon, którego, hehe, tak bardzo już mi żal nie było.

I jestem przekonana, że każdy inny (nawet ten „lusterkowy”) fotograf na moim miejscu zachował by się tak samo.

Wszystkie poniższe ujęcia wykonałam Sony Xperia Z5 compact, którego aparat jest jednym z najgorszych, jakich kiedykolwiek używałam. Zostały obrobione w mobilnej wersji Lightrooma i delikatnie dostosowane w Instagramie. I wiecie co? Jestem z nich ogromnie zadowolona. Patrząc na nie, ani razu nie pomyślałam: „Ach, Popielata, jakbyś tylko miała w ręce Lumixa…”. Jedyne czego żałowałam, to tego, że nie posiadam któregoś z mocarnych aparatów mobilnych oferowanych przez Apple, czy Samsunga.

I to Wy mi powiedzcie – to jeszcze fotki, czy już fotografie? I czy fotografia mobilna na prawdę zasługuje jeszcze na swoje miano?

Ściskam Was serdecznie! / U.

You Might Also Like